le spleen de Paris

Miało być dłużej, ale co napiszę to kasuję, strasznie frustrujące zajęcie. Utknęłam. Gdzie jest granica pomiędzy moim życiem, a fikcją (moją i nie moją)? Czego właściwie "nie wypada" pisać i kto to w ogóle przeczyta?

Z jedną trzecią zdjęć musiałam się pożegnać, zanim jeszcze je zobaczyłam i jest mi bardzo smutno, bo akurat na tej rolce było najważniejsze, czyli ludzie. Pożegnania są ciężkie, ale przecież nie na zawsze, nie tym razem. Zostało więc miasto, namiastka.

(zamarzyła mi się własna ciemnia)



 Pont de Bir-Hakeim

  Żelaznej damy też przecież nie mogło zabraknąć! 

 Francuzi nie gęsi, swoją Statuę Wolności mają 



Montmartre jest hipisem i kocha cały świat 




 Musée d'art et d'histoire du Judaïsme










feels like we only go backwards?







 Chłopiec z boku, piszący liścik do Wilde'a, skradł moje serce


Jakkolwiek to nie zabrzmi, lubię spacery po cmentarzach (tutaj Père-Lachaise)



 Sainte-Chapelle



Ostatnie zdjęcie to passerelle Simone de Beauvoir, u której w liście przeczytałam: I am better at dry sadness than at cold anger, (...) but my heart is a kind of dirty soft custard inside. 
Dostałam obuchem w głowę, bo znów ktoś inny tak precyzyjnie formułuje to, co mi ledwie dźwięczy gdzieś w okolicach potylicy.

stop being mardy and pour yourself some tea

W nowy rok weszłam z workiem doświadczeń i kalejdoskopem uczuć, o których dotąd nie miałam pojęcia. Na przestrzeni niewiele ponad tygodnia byłam najszczęśliwsza i najsmutniejsza. Najbardziej poirytowana i zdystansowana. Najbardziej pewna siebie i nieśmiała. Ostatnie kilka dni trochę pomogło mi posprzątać w głowie, chociaż mam wrażenie, że zabawa się dopiero zacznie. Ba, jestem tego prawie pewna, ale chcę dzielnie stawić czoła wszystkim demonom, tym wymyślonym i tym zupełnie realnym. Pamiętam, że kiedyś bałam się twardego lądowania, dzisiaj staram się raczej zminimalizować szkody.

 Ostatnio też ułożyłam sobie w głowie plan, trudny, ale nie niemożliwy. Chyba po raz pierwszy mam, mniej lub bardziej konkretny, cel w życiu i powiem wam tylko, że to całkiem fantastyczne uczucie. Ale sza! bo jeszcze się rozmyślę, nie wyjdzie, zapeszę, odpukać w niemalowane.

 Chwilowo żyję w bańce mydlanej, oddycham z ulgą, udaję, że jestem śliczną bohaterką równie ślicznego, czarno-białego filmu Godarda. Paryż jest słodko-gorzkim cukierasem, który najpierw zmiesza cię z błotem, a potem zaoferuje spotkanie Ethana Hawke’a. Jednak, jak to ze wszystkimi łakociami bywa, trzeba uważać na cukrzycę.

That was the end of the first part of Paris. Paris was never to be the same again, although it was always Paris and you changed as it changed mówi Ernest. Ja mu wierzę i po cichutku liczę na kolejne części, a on ochoczo dopowiada There is never any ending to Paris and the memory of each person who has lived in it differs from that of any other. 
Marzenia się przecież spełniają, nawet jeśli nie zawsze dokładnie tak, jak byśmy sobie tego życzyli.


Usiadłam wczoraj w kawiarni z ambitnym zamiarem dokończenia eseju. Zabiegany pan kelner podał mi café crème, a ja, zanim zdążyłam otworzyć notatnik, ubrudziłam dłonie i wszystko dookoła rozlanym tuszem. La classe. Wena twórcza opuściła mnie jednak po napisaniu dokładnie dwóch i pół akapitu. Na powrót do domu było jeszcze za wcześnie, więc wyszłam w wilgoć, mrok i przeszywający wiatr. Zabawne, że za każdym razem, gdy wydaje mi się, że znam okolicę jak własną kieszeń nogi prowadzą mnie w zaułek, którego jeszcze nie widziałam i znów wpadam w zachwyt. Mimo pogody, zmęczenia, smutku, wiszącej nade mną listy zadań miasto wywołuje u mnie przynajmniej cień uśmiechu. Chociaż z nieba pada uprzykrzające wszystko nie-wiadomo-co, bo nawet deszczem nie można tego nazwać, a ja drżę z zimna.

Jeszcze gdyby tylko piekarnie nie były zamknięte w poniedziałki. Przecież początek tygodnia to czas, kiedy każdy człowiek potrzebuje wsparcia w postaci świeżego pieczywa.


Właściwie to powinnam się pakować. Wyciągnęłam już walizkę, ale na samą myśl coś się we mnie buntuje, więc torba leży w roku pokoju i straszy widmem powrotu.


Cały ten wpis brzmi jak pean na cześć Paryża, jakby to było najwspanialsze miejsce na świecie. Chyba czas napisać sprostowanie. Nie jest. Czasami jest. Po prostu czuję jakąś zmianę, jeszcze nie do końca rozumiem o co właściwie mi chodzi, ale wiem, że jest inaczej, że zaraz znów będzie inaczej, a ja chciałabym, żeby zostało tak jak jest. Bo nawet jeśli kiedyś uda mi się na nowo, to przecież nie będzie to samo. Czuję się bezsilna. Mogę tylko chodzić, żegnać się z ulubionymi miejscami i żałować, że inne odkryłam zbyt późno.

 Zdjęcie "na smutną Adele nad Sekwaną" zrobiła Kasia z Dear Mornings 
(Cytowane fragmenty pochodzą z A moveable feast Ernesta Hemingwaya) 

C'est plutôt dur d'en être certaine

Teoretycznie wszystko powinno być w porządku. Jestem w Paryżu, gdzie dzieją się rzeczy dziwne, zabawne, straszne i ekscytujące. Czytam te wszystkie legendy, Prousta, Freuda, Cortazara, tę nieszczęsną Mansfield, Boże, jak mi jej szkoda, czuję taką przejmującą litość, tak jakbym ja sama miała zagwarantowane coś większego w życiu. Potem wśród niezliczonych kieliszków wina i w gęstej chmurze dymu papierosowego, przy ogromnych crêpes z serem na rue Mouffetard, zamarzając na Place de la Contrescarpe i w bezlitośnie zarzucających na zakrętach nocnych autobusach rozmawiamy. Rozmawiamy o miłości, o śmierci, o Nowej Fali, Kieślowskim, Ulissesie, komunizmie i Kubricku. Ktoś cytuje Baudelaire’a, ktoś opowiada historię niezapomnianej libacji. I choćbyśmy tak przegadali miesiąc, rok, stulecie to i tak pierwsze, co mi się ciśnie na usta to ‘nie wiem’. Dlaczego zawsze nie wiem. Bezpieczniej, wygodniej, bez obawy o? Taka magiczna furtka, no bo nie wiem, ale wydaje mi się, że. Ale w sumie to nie wiem. Chciałabym usunąć nie wiem ze swojego leksykonu.


Zapytano mnie dziś ‘You don’t like people, do you?’ I kolejne nie wiem. Chyba jednak lubię, choć nie wszystkich. Zaryzykowałabym ‘to ludzie nie lubią mnie’, ale czy to nie żałosne, takie pochylanie się nad własnym rozdmuchanym jestem-taka-wyjątkowa? Nie jestem przecież. Tak, lubię, ale jedynie tych oswojonych. Tylko kto tu kogo oswaja?

Czuję się najżałośniej, ale i tak będę udawać, że wszystko jest w porządku. Bo w gruncie rzeczy jest. Bywa.




Dis, qu'as-tu fait, toi que voilà,
De ta jeunesse?
[Verlaine]

la ville qui bat la mesure

 Listopady mają tendencję do wywracania mojego życia do góry nogami. Nie, przesadzam. Jednak jest coś takiego w tym, znienawidzonym przez wszystkich, miesiącu, że zawsze coś się rozpędza, taka rozgrzewka przed sprintem, choć rok już się prawie kończy.

Ten listopad, choć cieplejszy na zewnątrz w środku jest targany huraganem. Ale od początku.
Początki są trudne, to banał nad banałami. Cudem i ludzką dobrocią udało mi się ustabilizować rzeczywistość. Mieszkam w Paryżu.
„Ustabilizować” to chyba nie jest najodpowiedniejsze słowo.

Pierwsze wrażenie było rozczarowujące, później zjawiły się komplikacje, dzięki którym jedyne na co miałam ochotę to wściekły zakup biletu do domu. Teraz, choć jestem tu raptem niewiele ponad miesiąc, zaczynam się przyzwyczajać. Nie, gorzej. 
Miasto mruga do mnie frywolnie, od czasu do czasu pokazując się z tej najpiękniejszej strony, a ja, jak ta dziewczynka wodząca wzrokiem za kolegą dwie ławki dalej, dzień po dniu zakochuję się. W śliskim od deszczu i opadłych liści bruku. W mieszkaniach, do których zaglądam przez okna wieczorami. W zmęczonych twarzach podróżujących metrem.

To jest ten rodzaj zakochania, gdy wiesz, że to niemądre, że będzie bolało.

Przyglądam się tym wszystkim kamieniczkom wyjętym spod linijki Hausmanna i rozmyślam o ludziach, którzy je zamieszkują. Kim są? Jak żyją? Co czują? Lubię moich wymyślonych Paryżan i wzdycham, bo nigdy nie będę jedną z nich. A chyba bym chciała.

To miasto jest naznaczone. Wszyscy wspaniali tu żyli, wszyscy zrujnowani też.  Wszyscy, którzy chcą być wspaniali tu są. Albo marzą, żeby się tu znaleźć. A ja, po cichutku i nieśmiale, dokładam swoją mizerną cegiełkę zachwytu i obrzydzenia. Ernest miał jednak rację. 

No i przede wszystkim, przytulny koc melancholii jest tutaj akcesorium obowiązkowym, zupełnie normalnym i celebrowanym. A smucenie się to mój ulubiony sport. 

postcards from...

W zwlekaniu z wywołaniem kliszy (liczba mnoga!) osiągnęłam już mistrzostwo. Siedem miesięcy z życia utrwalone na światłoczułych taśmach.


Susz






Praga


















(szykujące się do snu) Brno 


nieśmiałe podrygi Berlińskiej wiosny 






Poznań 








Włochy 

Orvieto 





Cascata delle Marmore 




Spoleto 




Civita di Bagnoregio


Arezzo




Pompeje



Montefiascone